Rzecz to o Zielniku

O zielnikach napisano już chyba do tej pory wszystko. Naprawdę wszystko co się da. Jest to niejako wynikiem tego, że sam sposób gromadzenia roślin oraz takiej ich prezentacji zmienił się tylko nieznacznie od XVI w. (z którego to pochodzi najstarszy zachowany zielnik). Z biegiem dziesięcioleci ujednolicano sposoby opisywania etykiet, tworzył się "kanon" zielnikarstwa dotyczący różnych sposobów układania roślin, uwzględniania ważnych morfologicznie części, udoskonalano "skład" i formę teczki zielnikowej (czyli pojedynczej okładki w środku której leżał arkusz z rośliną i etykietą), wypróbowywano coraz doskonalsze środki konserwujące zbiory. Tworzyły się specjalne, nietypowe formy zielników dla innych form zbieractwa - kory drzew, grzybów, owocników, nasion. Przyznacie jednak, że wszystko to rozciągnięte do ponad 400 lat robi wrażenie leniwego zastoju 🙂 no...ew. małego dopasowywania się do aktualnych czasów. Czy to wada? Nie, dla mnie to zaleta. Uwielbiam tą "anachroniczność" sztuki zielnikarstwa, która mimo sędziwości jest w dzisiejszych, nowoczesnych czasach wciąż niezbędna i nie do zastąpienia. Zielnikarstwo przyrównałbym do szkicu przyrodniczego. Prawda, że na pierwszy rzut oka wydaja się zbędną umiejętnością? W czasach fotografii cyfrowej, grafiki, filmu? A jednak dziś przeżywa renesans, w najdroższych książkach popularnonaukowych umieszcza się znakomite ryciny, w ornitologii rycina wciąż jest bardziej obiektywna niż zdjęcie a domorośli mistrzowie szkicu przyrodniczego sprzedają swoje dzieła na funpage'ach za niemałe pieniażki.

Wystarczy że dziś wpiszecie w google "jak zrobić zielnik" to wyskoczy Wam mnóstwo stron, blogów, poradników szczegółowo wyjaśniających, jak wygląda dobry zielnik, czego nie powinniście robić itd...itd...Ponieważ tworząc tego bloga zaprzysiągłem sobie nie odtwarzać tematów podejmowanych już wielokrotnie chciałbym dziś namówić Was nieco do przekory i pójścia pod prąd. Opowiedzieć o swoim podejściu do tematu, pokazać, że wcale nie musicie być "przyrodnikiem pod presją".

Wiecie, że w XVIII w. herboryzowanie i kolekcjonowanie roślin stało się prawdziwą modą? Posiadanie wówczas zielnika świadczyło o erudycji właściciela nie mniej, niż jego pełna książek biblioteczka. Wyobraźcie sobie...szlachecki dworek, trofea na ścianach, ozdobna broń, biblioteczka, fortepian czy klawesyn, język francuski i...zielnik. Naprawdę sądzicie, że to był taki naukowy, wytykietowany, powiązany w kilkanaście arkuszy, schowany w ciemnościach i oparach formaliny zbiór roślin? Po co wtedy by istniał? Czy właściciel naprawdę dociekał nazwę rodziny, drzewko systematyki i wpisywał to skrupulatnie? Jeden z cennych starych zielników polskich ma formę...powkładanych roślin do zeszytu. Zbieranie roślin i poznawanie dla tych ludzi to był efekt umiłowania do swoich "małych ojczyzn".

Do czego zmierzam (bo w końcu pora to zacząć robić :p) Zapomnijcie na chwilę o tych wszystkich zakazach i nakazach  tworzenia zielnika. Naprawdę, jeśli nie robicie zielnika na "zaliczenie" albo nie planujecie kilkuletniego badania florystycznego swoich okolic zróbcie zielnik dla siebie, po swojemu. Tak by  Wam sprawiał radość. Jeśli pasjonujecie się przyrodą cóż lepszym będzie podczas siedzenia w niepogodę w domowym zaciszu jak nie przekładanie swoich zbiorów, wkładanie do teczki albo oglądanie? Spróbujcie popatrzeć na zielnik jak jego XVIII wieczny właściciel. Albo może nie zrobiliście w tym roku zielnika bo skupiając się na czym innym, baliście się, że nie będzie czasu na systematyczne zbieranie, czynienie notatek? No właśnie...a dlaczego? Ja ten rok poświęciłem motylom i owadom a rośliny z każdej wyprawy przynosiłem "przy okazji". Korzystając z którejś z moich teczek. Bardzo szybko zaniechałem czynienia notatek towarzyszących znalezieniu ponieważ zwyczajnie fruwały między papierem gazetowym, dublowały się okazy (bo część przeznaczałem na ścianę do antyramy). Z całego roku wyselekcjonowałem sto kilkadziesiąt roślin i zakupiłem odpowiedni bardzo gruby papier.

Na początek należało stworzyć okładkę, zatem kilka warstw tektury okleiłem białą skórą i rycinami. No i wygląda to tak:

Teraz wystarczyło nakleić rośliny (użyłem do tego celu kleju do owadów na bazie polioctanu winylu - uznałem, że dla mnie wizualnie tak jest ładniej, nie podoba mi się w tym przypadku klasyczne przyklejanie paskami nasączonymi klejem).

Pozostało podpisywanie. Kupiłem pióro do kaligrafii i nieudolnie naniosłem podpisy dla roślin. Nazwę łacińską i polską. Reszta mnie nie obchodziła (bo i zresztą mam to w głowie a postronnej osobie i tak to do niczego nie potrzebne).

I co? Puryści byliby oburzeni. Zielnik w formie księgi "maltretujący rośliny", karty bez teczek zielnikowych, uboga nieprofesjonalna etykieta, brak myśli przewodniej wg której ułożone są rośliny, duplikaty na karcie...A mnie to tak bardzo wisi, że nie macie pojęcia. Tak bardzo, ja bardzo cieszy mnie mój mały zbiorek. Chyba nawet codziennie do niego zaglądam. I wiem, że kiedy poświecę jakiś rok-trzy na systematyczne zbiory roślin swojej okolicy to będzie to zielnik zgodnie z wszelkimi regułami sztuki.

Żebyście nie myśleli, że taki zielnik to po prostu efekt mojej niewiedzy a nie "luzu" opowiem Wam jeszcze na koniec o mojej ulubionej książce dotyczącej roślin.

"ZIELNIK I ZIELNIKOZNASTWO" - Jacek Drobnik

Nie wiem, czy w swoim życiu miałem w ręku bardziej skondensowany i tak bogaty poradnik do czegokolwiek. Pan Jacek nie marnuje ani jednego zdania w swojej książce. Treść jest bardziej skondensowana niż wyschnięty koncentrat LUDWIKA do mycia naczyń. Dla osób myślących, ze sztuka zielnikarstwa to rzecz o której można zrobić wpis na blogu z poradami, ta książka pokazuje jak bardzo się mylą.

Nie ma rzeczy dotyczącej naszego tematu, której tam nie znajdziecie. Dowiecie się wszystkiego o historii zielnikarstwa (z wyszczególnieniem najważniejszych zbiorów), obszernymi poradami dotyczącymi samego zbierania -od sprzętu, przez sposoby pozyskiwania konkretnych organów po szczegółowe wskazówki dla poszczególnych rodzin, Dalej na wielu wielu stronach dowiecie się o każdej metodzie suszenia - starych i nowoczesnych. profesjonalnych i domowych pras botanicznych, kanonów estetyki układania rośliny itd. Potem serce książki - różne sposoby stworzenia karty zielnkowej, rodzaje okładek, "nakazy" dotyczące naklejania na wszelkie sposoby. Potem mamy rozdziały dotyczące samego tylko papieru na zielnik. Obszerne rozważania dotyczące etykietowania, rady, wskazówki bo nie ma jednego dobrego sposobu. Dowiecie się wszystkiego o przechowywaniu zbiorów wraz z nowoczesnymi metodami stosowanymi na renomowanych katedrach, zakładach. A gdyby interesowała Was nietypowa dla zielnikarstwa grupa roślin dowiecie się jak tworzyć z nich zielnik - np mszaków czy śluzowców.

Prawie 300 stron nowoczesnego kompendium wiedzy o sztuce zielnikarstwa. Właściwie wyczerpujący temat. Kompletny stan wiedzy na dzień dzisiejszy. Rzecz która musisz przyrodniku mieć w swojej biblioteczce. Gorąco polecam 🙂

I jeszcze na koniec końca. Urocza pozycja, którą nabyłem za 2 złote w antykwariacie.

"JAK NALEŻY ZBIERAĆ I KONSERWOWAĆ ROŚLINY DO CELÓW NAUKOWYCH" Józef Madalski

Kilkadziesiąt małych stroniczek, skromna pozycja z lat piędziesiątych, dla każdego fana oldschoolowego przyrodnika (a do takich się zaliczam :p) Cudownie się to czyta, anachroniczna blaszana puszka na rośliny, prasy do suszenia, odczynniki do konserwowania. Ale jak najbardziej przyzwoity zbiór wiedzy o zbieraniu roślin i tworzeniu zielnika na "uniwersyteckim" poziomie. Ale wiadomo, z poprzedniej prawie epoki. Aż się łezka w oku kręci w czasie czytania. Gorąco polecam,jeśli wpadnie Wam w ręce 🙂

Facebook

6 comments on “Rzecz to o Zielniku

  1. Świetny wpis! Sam temat jest mi bliski co najmniej z dwóch powodów – po pierwsze same rośliny, a po drugie ten małoojczyźniany-szlachecki klimat. Od razu kojarzy mi się z „przyrodniczymi” fragmentami „Pana Tadeusza” i podobnych arcydzieł. Zielnik, który zrobiłeś, jest moim zdaniem rewelacyjny. Może nie do końca spełnia wymogi kanonu, ale jest dziełem samym w sobie 🙂

    • OO..jaki miły wpis z obserwowanego bloga 🙂 Bardzo Ci dziękuję i za dobre słowa i perfekcyjne wyczucie klimatu i intencji. W dodatku wiem, ze mamy bardzo podobne upodobanie w holistycznym patrzeniu na przyrodę od skali mikro po kosmos 🙂

  2. Niesamowicie ciekawie się Ciebie „słucha „- czyta. A zielnik … zawsze chciałem mieć, ale nigdy nie mogłem się zabrać. Pozdrawiam

  3. Przeglądałem właśnie poprzednie wpisy w blogu i natknąłem się na ten, w którym piszesz o zniechęceniu i zerowym odzewie. Moja rada – rób to głównie dla siebie! Ja swoją kronikę w pierwszym rzędzie traktuję jako dziennik obserwacji, który bardzo dobrze się czyta zimą w pracy, kiedy wszystko wokoło jest białe i martwe. Robię to, bo to lubię – lubię pisać, robić zdjęcia i obserwować przyrodę. W drugiej kolejności robię to dla znajomych i wreszcie dla reszty ludzkości 🙂 Ale nawet z moimi najbliższymi znajomymi jest często tak, jak sam piszesz. Narobię się, stworzę fajny wpis i… cisza. No to pytam jednego z drugim
    – Czytałeś?
    – No tak, czytałem i bardzo mi się podobało.
    – No to może chociaż byś powiedział, że fajne, bo mi ręce opadają i już mi się nie chce?
    – Przecież wiadomo, że fajne, to co mam mówić?
    I tak to jest – niesymetryczność pracy i odbioru :-)I dlatego najlepiej nastawiać się tylko na siebie, nie na żadne reakcje i komentarze. Te drugie przyjdą z czasem jeśli się pozna jakąś grupę zaangażowanych ludzi o podobnych zainteresowaniach i będzie tę znajomość/przyjaźń podtrzymywać. To takie moje trzy grosze 🙂

    ps. mnie na przykład bardzo podoba się sekcja dotycząca mikroskopu na Twojej stronie – sam mam fioła na punkcie mikroskopów i mikrożycia w wodach śródlądowych. Temat jest niszowy, ale ode mnie wielki plus.

    • Bardzo dziękuję za ciepłe słowa. Serio. To jednak prawdą jest że ogromna otucha może nadejść z najmniej spodziewanej strony 🙂 Człowiek sobie przemyśla wszystko jeszcze raz i z nowym zapałem zabiera się do prac.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.