Czekając na żarówkę czyli rozmyślania o lewakach w przyrodzie

Już miałem zacząć, że zima jest do dupy ale taka do końca to ona nie jest. Już pomijam że jest "niezbędna" w przyrodzie :p ale dla mnie...hmmm... hamuje codzienną eksplorację - choć nie oczywiście całą - zawsze jest co robić :p - a to śledzić ptaszki a to plamy na słońcu...Ale generalnie to wszystko zamiera...od moich ukochanych owadów, przez roślinki po śluzowce :p....nawet poszukiwania mineralogiczne spoczywają pod grubą czapą śniegu. W dodatku dla mnie jako "słuchowca" (hm...dźwiękowy odpowiednik wzrokowca) zima jest akustycznie martwa. Nie mam się nawet jak i gdzie wybrać z przenośnym systemem nagraniowym....

Jednemu zima sprzyja. - porządkowaniu swoich zasobów "medialnych", przeglądaniu i uzupełnianiu książek, czytaniu tych opuszczonych, naprawach (modyfikuję swój teleskopik) i modyfikacjach (przeróbka mikroskopu) i...rozmyślaniach.

Zaczęło się niewinnie.. Zmuszony zamienić swojego labophota na (gorszego wg mnie) biolara musiałem powprowadzać pewne modyfikacje (dotyczące głównie kondensora). Udały się ale okazało się że standardowe oświetlenie PZO nie wydoli przy mojej wymyślonej technice. Światła starczy jedynie na małe powiększenia. Pstryknąwszy zatem jedno możliwe zdjęcie (zalany ponownie słoik sprzed pół roku w którym była woda ze stawu ZAMARZNIĘTEGO TERAZ! ):

 zamówiłem stosowną żarówkę, odsunąłem się od biurka i spojrzawszy na swoje najstarsze książki zacząłem je przeglądać.

I tak wpadła mi w ręce moja ukochana "biblia" dzieciństwa (połączonego z kawałkiem "młodzieństwa" licealnego) - Z BIOLOGIĄ ZA PAN BRAT. Przypomniały mi się czasy podstawówki i wszystkie dnie spędzone w swoim domowym "laboratorium" (jak szumnie nazwałem szafkę z probówkami, chemikaliami, prymitywnym mikroskopem, szalkami, pożywkami, sprzętem itd... w wydzielonym zakątku), całą radość jaką mi to dało. I "wiedzę", obycie, "doświadczenie". Na pewno nie byłbym tym samym człowiekiem gdyby nie ta i podobne do nich książki, zapał jaki we mnie wzbudziły i chęć poznania wszystkiego.

Jakie było moje zdziwienie, pomieszane z przerażeniem, kiedy prawie dokładnie rok temu natknąłem się na TEN WPIS O ZAKAZIE HODOWLI BAKTERII W DOMU. Ponieważ jest to 10 stron tematu na forum oszczędzę czytania taką kompilacją :p

 Ponieważ Bozia wyobraźni mi nie poskąpiła jestem w stanie wyobrazić sobie, że wszystkie te argumenty "NA NIE" mają dla kogoś znaczenie (pewnie nawet dla większości). Tylko się zastanawiam co się przez te 20, 20-kilka lat zmieniło. Jak mi się udało przeżyć te okrutne, niebezpieczne czasy robiąc to:

 Co się dziś stało z tym światem? Co jest nie tak z tą (wszędobylską dziś) lewacką liberalną ideologią zabraniania wszystkiego i porządkowania życia dla Twojego (!) dobra. Przecież z samej nazwy "liberalna" znaczy wolnościowa, wolna...

Chyba wolna od robienia czego się chce.

I to nie chodzi tylko o przepisy prawa ale o ukształtowanie myślenia ludzi. Faktycznie dziś ktokolwiek spytany o hodowlę bakterii spyta mechanicznie "po co?". No właśnie liberalizm nie tylko pozabraniał wszystkiego ale zahamował pęd do samodzielnej eksploracji wiedzy (czego wisienką na torcie jest system edukacji oparty na "kluczach"). Od razu pada argument - "aaaaaa, to w takim razie uczeń może na kółku zainteresowań pod okiem nauczyciela wykonywać pewne czynności laboratoryjne". Litości...po pierwsze nawet gdybyśmy w końcu znaleźli niezblazowanego nauczyciela, któremu serio chciałoby się coś tam robić z dzieciakami to co ja mogę zrobić 1-3h w tygodniu? Chyba z miedzi CuSO4 otrzymać. Przecież pamiętam, ze  siedziałem GODZINAMI KAŻDEGO DNIA nad probówkami z kolejnymi tomami Sękowskiego w reku. Na szczęście moja nauczycielka od chemii, w połowie 6 klasy pozwoliła mi zabrać kilka siatek szkła laboratoryjnego do domu na wypożyczenie do końca szkoły. Żadne pseudokółka pożytku wielkiego nie przynoszą. Dobrze wyglądają w CV kujona, który na biol-chem chce się dostać bo potem medycyna.

"Aaaaa......panie...z bakteriami to będzie taki miłośnik doświadczenia robił na studiach, na mikrobiologii". No no. Gdyby jakiś wybitny umysł pasjonujący się mikrobiologią miał czekać 19 lat na swój pierwszy posiew to chyba by sczezł. Sam się za taki broń boże nie uważam, a tak właśnie to czuję. A co dopiero ktoś, kto miałby szansę zostać błyskotliwym wielkim naukowcem.

"To co ci daje/dało takie laboratorium"? Obycie. Swobodę posługiwania się sprzętem i poznawania nowych rzeczy. Nie musząc się skupiać na podstawach, obsłudze mogłem myślami, projektami zataczać większe kręgi. Kiedy ja w wakacje przed zaczęciem nauki w liceum robiłem posiewy z 10-letniego LAKCIDu porównując ze świeżo kupionym (chciałem sprawdzić, czy mama ma rację, że stary LAKCID w naszej apteczce już nie działa :p) to moi rówieśnicy na 2 czy 3 roku studiów przez 2 pierwsze zajęcia z mikrobiologi byli pod wrażeniem ezy - "o jaaaaa....eza....z platyny....naprawdę z platyny?....o jaaaaa...a jakby to ukraść? ..."

Albo kiedy na pierwszym roku na "kółku" robili chromatografię marchewki ja już zajmowałem się swoimi badaniami nad alkaloidami. A naprawdę nie byłem jakiś "wybitny". Ot, zwykły, przeciętny. Tyle tylko że zajęty swoim światem :p

Ale my tu o bakteriach...a zmieniło się przecież wiele innych rzeczy. Narkomańska paranoja zablokowała zakupy przeróżnych odczynników...samo posiadanie laboratorium generuje tylko jedno pytanie "o stary...amfę tu się da zrobić?" Myślenie o poznawaniu przyrody także jest już inne. No już nie będę się wykłócał o zakazy preparowania żaby (bo sam jakoś miałbym opory jakąś uśpić i zabić, żeby tylko pokroić. No chyba, że martwą, potrąconą - nie rozjechaną - przez samochód) ale spróbujcie dziś na np facebookowych grupach o motylach pokazać kilka motyli w gablotce. 🙂

Ze zbieraniem owadów najczęściej trzeba się dziś "kryć". Panuje powszechne potępienie. Że np. "motyli mało a ty dodatkowo zabijasz". Pozwolę sobie zacytować słowa pewnego znanego profesora entomologii J. M. Gutowskiego:

"...odławianie owadów przez różnego rodzaju zbieraczy, czy to amatorów, czy też zawodowców, nie wpływa w istotny sposób na stan ich populacji, z wyjątkiem gatunków zagrożonych lub występujących nielicznie. Redukcja osobników z tej przyczyny jest niewspółmiernie mała w porównaniu z liczebnością populacji tych gatunków. Wiemy wszak, że u owadów wskutek naturalnych czynników ginie przeważnie ponad 90% danego pokolenia. A i tak pozostałe kilka procent, czy nawet mniej, wystarczy, by dały one początek milionom następców. Ginięcie większości osobników drobnych zwierząt, zwłaszcza owadów, wpisane jest w strategię życia tych organizmów.   Trzeba też zauważyć, że presja "zbieraczy" koncentruje się głównie na okazach doskonałych, a więc na tym stadium, które jest zazwyczaj dość ruchliwe, często prowadzące ukryty tryb życia - w efekcie trudne do "totalnego" wyłowienia. Złowione okazy zdążyły zazwyczaj złożyć swoje jaja, a przynajmniej ich część, co dodatkowo umniejsza rolę potencjalnego czynnika redukcyjnego, upatrywanego w kolekcjonerstwie. Ponadto imagines wielu gatunków żyją bardzo krótko - zaledwie od kilkunastu godzin do kilku dni - po czym i tak giną.   Należy podkreślić ogromną rolę edukacyjną kolekcjonowania owadów. Zajmujące się tym dzieci, a później młodzież i osoby dorosłe, skutecznie poznają w ten sposób świat przyrody, jej bioróżnorodność i rządzące nią prawa. Uczą się szacunku dla natury i zadzierzgają z nią bliskie więzy. Uczucia miłości do przyrody przekazują również swoim dzieciom i propagują w kręgu znajomych. Często z takich kolekcjonerów - amatorów wyrastają działacze ochrony przyrody, którzy odkrywają w swoich okolicach interesujące środowiska, zagrożone gatunki i pragną uchronić je przed presją cywilizacji dla następnych pokoleń. Bywa, że tacy zbieracze - amatorzy stają się wytrawnymi specjalistami, prześcigającymi swoim znawstwem tematu - grupy taksonomicznej, którą się zajmują - niektórych zawodowców..."

Będzie to jednocześnie podsumowanie kończące dzisiejszy wpis. Tematów pokazujących niekorzystne (wg mnie) zmiany mógłbym mnożyć i mnożyć. Ale po co, niczego to już nie zmieni. Dostosowanie się do aktualnych czasów jest niestety wymogiem. A może to że to potrafimy to przeklęte dziedzictwo ewolucji? 🙂

Facebook

5 comments on “Czekając na żarówkę czyli rozmyślania o lewakach w przyrodzie

  1. Kolejny świetny wpis, jakbym o sobie czytał 🙂 Cieszę się, że są ludzie o takim spektrum zainteresowań – mikroskopy, teleskopy, geologia i mikrobiologia… Jak zwykle widać, że włożyłeś dużo pracy i serca w to co opublikowałeś, Mnie na przykład bardzo podoba się to, że fotografujesz ulubione książki i to nie tylko same okładki. No i rewelacyjne zdjęcie spod mikroskopu… A co do tej nadopiekuńczości państwa, Unii Europejskiej i kogo tam jeszcze – mnie też to wyjątkowo wkurza. Przechodzę przez to na bieżąco jako ojciec dziewięciolatka. Z jednej strony ma być bezstresowe wychowanie, chuchanie i dmuchanie, a z drugiej jakoś nikomu nie przeszkadzają kreskówki na kanałach dla małych dzieci, w których bohaterowie wypruwają sobie wzajemnie flaki. Albo reklamy perfidnie kierowane do dzieci i grające na najniższych instynktach. Ot, takie paradoksy. A wracając do wpisów na forum – ja z moim dobrym kumplem w podstawówce regularnie wysadzaliśmy pół osiedla, bo interesowała nas chemia, specjalność pirotechnika i jakoś nikt z tego powodu wtedy afery nie robił…

    • Hahaha, 🙂 no dokładnie, takie się miało zapędy bombastyczne. I jakoś wszyscy żyją.
      I dziękuje za słowa o książkach, dopingująca uwaga 🙂

  2. Zaskoczyły mnie te informacje o nieszkodliwości odławiania owadów. Miałam (i pozostanę przy tym) awersję do jakiegokolwiek celowego uśmiercania owadów, ale może wzięło się to z lekkiej… entomofobii.
    Dzięki fotografowaniu chyba się jej pozbyłam, przynajmniej częściowo – łaknę wręcz obecności robali na kwiatkach, ale… do ręki nie wezmę, choć ważkę, motyla, łowika i całkiem sporo innych owadów zdzierżę na swej dłoni, gdyby usiadły :-).
    Bardzo ciekawy wpis, jak zwykle.
    PS
    Czy rozważyłbyś zmianę czcionki? Nie wiem co, ale coś mi nie pasuje – kombinacja jej formy i wielkości utrudnia mi czytanie.. Pozdrawiam

    • Hihi :)No i Ty i ja jako fotografowie natury skupiamy się na właśnie robieniu zdjęć bo albo się je chwyta i kolekcjonuje albo fotografuje. Ciężko połączyć obie te rzeczy.
      Bardzo cenna uwaga i bardzo Ci dziękuję za wzmiankę o czcionce. Wahałem się wcześniej i teraz już wiem, ze to zrobię. Zmiany właśnie nadchodzą dla całej estetyki bloga. Brat kończy projektować logo więc od razu zmieni się m. in. czcionka, Rozważam font APOLONIA bo bardzo mi się podoba i ma wg wielu najlepszą czytelność właśnie pod względem naszych znaków diakrytycznych 🙂

  3. W takim razie dorzucę jeszcze taką uwagę – trochę denerwujące jest to, że po kliknięciu w link tytułu któregoś posta, czytelnik zostaje zaskoczony pojawiającym się zdjęciem-czołówką, które zajmuje cały widoczny obszar. Koniecznie więc trzeba przewinąć kawał strony, by odnaleźć szukany wpis (mylący jest też film o ważce zajmujący niemal tyle samo miejsca co czołówka; trzeba przewinąć znowu cały obszar – parę razy łapałam się na tym, że z tego zaskoczenia zapominałam w który tytuł kliknęłam, choć, oczywiście, post się otworzył jak należy.
    A co do czcionki – no właśnie, żeby znaki diakrytyczne były czytelne i jednoznaczne, a litery niewymyślne, by czytelnik mógł skupić się na treści, a nie kontrolowaniu czy aby dobrze rozróżnia litery. Gdyby przełożyć tę czcionkę na mowę, określiłabym ją jako coś w rodzaju seplenienia 🙂 Nie jestem pewna, ale możliwe, że taki odbiór potęguje zbyt duży jej rozmiar.
    Pozdrawiam

Odpowiedz na „tekaprzyrodnikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.